Od małego boiska do dużego biznesu. Jak wykorzystać rosnący potencjał minifutbolu?

Gra na małym boisku to dla tysięcy Polaków stały punkt tygodnia, ale dla marek – wciąż nieodkryta kopalnia biznesowych możliwości. Minifutbol przestał być już tylko rekreacją na Orlikach, stając się dynamicznym, elastycznym i policzalnym produktem sponsoringowym o ogólnopolskim zasięgu. O tym, jak skutecznie przekuć tę masową pasję w mierzalny sukces marketingowy i jak wykorzystać potencjał małego formatu bez barier wielkiego sportu, rozmawiam z Bartoszem Borysem, CMO Polskiej Federacji Minifutbolu i rozgrywek Superliga6.

Foto: Bartosz Borys – archiwum prywatne

Tomasz Hadam: Zacznijmy od podstaw, bo dla wielu osób, nawet tych pracujących w marketingu sportowym, nazewnictwo w małym futbolu to czarna magia. Minifutbol, futsal, socca – dla postronnego obserwatora to po prostu gra na małym boisku w kilka osób lub amatorskie kopanie na Orliku. Czym te dyscypliny różnią się od siebie na poziomie struktury i samych zasad?

Bartosz Borys: Wokół tych nazw narosło sporo nieporozumień. Najłatwiej to uporządkować, uznając minifutbol za wspólny mianownik dla wszelkich odmian gry w okrojonych składach osobowych – od szóstek, przez siódemki, aż po lokalne odmiany pięcioosobowe. W Stanach Zjednoczonych na przykład bardzo prężnie rozwija się zawodowa liga piątek, gdzie mecze toczą się na boiskach otoczonych bandami. Inaczej jest w Europie Zachodniej, choćby we Francji czy Hiszpanii, kibice i gracze chętniej wybierają siódemki, natomiast w naszych realiach dominują sześcioosobowe składy.

Futsal rozwija się zupełnie odmienną specyfiką. To dyscyplina uprawiana wyłącznie w halach, na twardym parkiecie, z mniejszą i zdecydowanie cięższą piłką, która nie odbija się tak łatwo. Obowiązują tam bramki 3×2 metry i mocno sformalizowane zasady. Pod kątem organizacyjnym futsal ma jasne i stabilne miejsce w strukturach – globalnie podlega pod FIFA, a na naszym krajowym podwórku zarządza nim PZPN.  

A socca? Przecież to też szóstki na sztucznej trawie. Skąd ten podział?

Socca wyrosła z wewnętrznych zawirowań w European Minifootball Federation na przełomie 2016 i 2017 roku. Część działaczy, po rozbieżnościach wizyjnych i personalnych, postanowiła stworzyć alternatywny podmiot. Chronologicznie rzecz ujmując, pierwsze na świecie były European Minifootball Federation (EMF) oraz World Minifootball Federation (WMF), które powstały w 2012 roku jako oficjalne związki zarządzające tą dyscypliną.

Główna różnica tkwi w samej filozofii działania obu tych organizacji. EMF i WMF funkcjonują jako klasyczne, demokratyczne stowarzyszenia typu non-profit. Zrzeszają one krajowe federacje i w wielu państwach – jak na Słowacji czy w Czechach – mają status oficjalnych związków sportowych wspieranych przez rządy. Socca z kolei od samego początku opiera się na komercyjnym modelu biznesowym. To prywatna marka, działająca jako spółka kapitałowa. Doskonale obrazuje to zresztą niedawna transakcja na rynku sportowym, w której brytyjski właściciel odsprzedał prawa do soccy inwestorowi z Niemiec. Dla nas, jako członków EMF, kluczowe jest spełnianie wymogów statutowych stowarzyszenia i budowanie struktur od dołu.

Foto: materiały prasowe PFM

A jak te różnice strukturalne przekładają się na to, co widzimy na boisku?

Te szczegóły mocno wpływają na styl i dynamikę widowiska. W minifutbolu, pod patronatem EMF, gramy do bramek o wymiarach 4×2 metry, podczas gdy w socce są one o metr szersze. Inaczej rozwiązano też kwestię wznawiania gry: u nas auty wyrzuca się klasycznie rękami zza głowy, a bramkarz wprowadza piłkę nogą z ziemi. Inaczej jest w socce – auty są bite nogą, a bramkarz rzuca piłkę ręką.

Ogromna różnica dotyczy też roli samego bramkarza. W socce golkiper ma zakaz opuszczania swojego pola karnego i nie może brać aktywnego udziału w rozgrywaniu akcji ze swoją drużyną. W minifutbolu bramkarz jest pełnoprawnym graczem z pola – może wyjść wysoko, brać udział w budowaniu akcji i uderzać na bramkę rywala. Na własnej połowie ma co prawda tylko 5 sekund na podjęcie decyzji, ale gdy tylko przekroczy linię środkową boiska, te ograniczenia przestają obowiązywać. To sprawia, że mecze w naszej federacji są o wiele bardziej taktyczne, dają możliwość gry z „lotnym bramkarzem” i tworzenia przewagi liczbowej w ataku.

Skupmy się na EMF, czyli europejskiej federacji, której jesteście członkiem. Jak z Twojej perspektywy wygląda jej pozycja i skala na arenie międzynarodowej? Słyszałem, że w wielu krajach minifutbol to nie tylko pasjonaci, ale wręcz systemowy projekt wspierany przez państwo.

Zdecydowanie tak i to jest nasza ogromna siła. EMF zrzesza oficjalne, narodowe stowarzyszenia i w wielu krajach ten sport jest traktowany niesamowicie poważnie. Najlepszym przykładem jest Słowacja, która organizuje najbliższe Mistrzostwa Europy. Tam minifutbol ma w pełni profesjonalną ligę krajową, świetnie rozwinięte struktury i gigantyczne wsparcie systemowe. Co ciekawe, konkurencyjna socca na Słowacji w ogóle nie funkcjonuje – nie ma tam takich struktur.

Z kolei w Czechach, Rumunii czy Azerbejdżanie minifutbol podlega bezpośrednio pod krajowe systemy wsparcia sportu nieolimpijskiego. Czeska federacja otrzymuje od swojego Ministerstwa Sportu ponad pół miliona euro rocznie na rozwój rozgrywek, kadry i infrastruktury. Dla nas w Polsce takie systemowe dotacje oznaczałyby całkowity przeskok organizacyjny, ale obecność w EMF daje nam pewność, że jesteśmy częścią stabilnego, poukładanego na poziomie europejskim ekosystemu.

Zejdźmy na ziemię. Jaka jest realna skala małej piłki w Polsce? Jak to się wszystko zaczęło i jak wygląda Wasz obecny ekosystem?

Cały ten projekt nie powstał z chłodnego biznesplanu, tylko z czystej, wieloletniej pasji. Zarówno ja, jak i Michał Burzyński, graliśmy w szóstkach od nastolatka. Ponad 17 lat temu Michał przejął prowadzenie Ligi Bemowskiej w Warszawie, bo poprzedni organizatorzy wyjechali i nikt inny nie chciał się tym zająć. Ja najpierw grałem na Ursynowie, potem te rozgrywki współtworzyłem. Około pięć lat temu połączyliśmy siły – Michał prowadził już wtedy ogólnopolski projekt Superliga6, a później wspólnie ruszyliśmy z Polską Federacją Minifutbolu. Dziś to nasza praca na pełen etat, z której utrzymujemy rodziny.

Jeśli chodzi o liczby: amatorsko w piłkę gra w Polsce około dwóch milionów ludzi. Oczywiście większość z nich to tzw. light playerzy – spotykają się raz w tygodniu na Orliku. Zarejestrowanych w strukturach PZPN (od Ekstraklasy po klasę B i C) jest około 600 tysięcy osób.

My, jako Polska Federacja Minifutbolu i Superliga6, zrzeszamy w tym momencie około 30 projektów ligowych w 30 miastach w całej Polsce. W praktyce oznacza to 30 prężnych, lokalnych lig i turniejów, które dają nam bazę ponad 30 tysięcy czynnych zawodników, grających co tydzień pod naszym szyldem. Wokół samych fanpage’y tych lig kręci się społeczność rzędu 70-80 tysięcy obserwujących. Ci ludzie żyją swoimi drużynami. Na tych lokalnych społecznościach i ich liderach opiera się nasza siła.

W DNA Sponsoringu powtarzam często, że sponsoring to w pierwszej kolejności transfer emocji. W „wielkiej”, profesjonalnej piłce te emocje bywają dziś mocno sterylne, wręcz wyreżyserowane przez agencje PR, a dystans między kibicem a odrealnionym światem gwiazd jest gigantyczny. Jakie emocje wyzwala minifutbol i co na tym poziomie – zupełnie niefiltrowanego zaangażowania – mogą ugrać dla siebie marki?

To jest klucz do zrozumienia naszej dyscypliny. Minifutbol to w zasadzie esencja piłkarskich emocji, podana w niesamowicie skondensowany sposób. Rządzi tu czysta, nieprzerwana dynamika. Mecz trwa tylko 2 razy po 25 minut. Na małym boisku nie ma miejsca na kalkulację, nudne rozgrywanie piłki w poprzek przez pięć minut czy grę na czas. Akcja goni akcję. W naszych meczach pada średnio kilkadziesiąt strzałów na bramkę, bramkarze muszą cały czas dwoić się i troić, a sytuacja potrafi się drastycznie zmienić w kilkadziesiąt sekund. Dla widza to nieustanny rollercoaster emocjonalny. W czasach, gdy uwaga konsumenta – szczególnie młodego – jest tak rozproszona, a 90 minut tradycyjnego meczu po prostu go nudzi, nasza dynamika daje ciągłą stymulację i trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty.

Druga, równie ważna warstwa to autentyczność. Na Orliku nie ma miejsca na korporacyjny filtr, udawanie czy wymuskane gesty pod kamery. Tu jest prawdziwy, surowy sport – pot, twarda walka ramię w ramię, autentyczna sportowa złość i radość, która nie jest podyktowana kontraktami reklamowymi. U nas nie zobaczysz zawodników symulujących faule i leżących na murawie przez pięć minut, bo każdy chce po prostu grać.

Dla sponsora to idealne środowisko. Marka, wchodząc w ten ekosystem, nie jest postrzegana jako chłodny, odległy mecenas, ale staje się częścią tej autentycznej pasji. Konsumenci błyskawicznie wyczuwają sztuczność. W minifutbolu transfer emocjonalny jest czysty: marka ogrzewa się w blasku realnego zaangażowania i utożsamia się z ludźmi, z którymi kibic może przybić piątkę. To buduje zupełnie inny poziom lojalności i wiarygodności brandu.

Foto: materiały prasowe PFM

Jak wygląda struktura tych rozgrywek w praktyce? Jak się przechodzi od grania na osiedlu do reprezentowania kraju na Mistrzostwach Europy?

Wszystko zaczyna się na poziomie lokalnym. Największym ośrodkiem jest Warszawa, gdzie w samej lidze weekendowej, tygodniowej, rozgrywkach ligi biznesu i ligi oldbojów gra co sezon między 250 a 300 zespołów. Drugim dużym ośrodkiem jest Śląsk z ponad setką drużyn, dalej Poznań (liga Wiary Lecha), Białystok czy Trójmiasto.

Większość z tych lig to autonomiczne podmioty, które my zrzeszamy. Co roku organizujemy dla nich dwa centralne turnieje finałowe w Warszawie: Puchar Polski Superliga6 oraz Mistrzostwa Polski w minifutbolu. To są duże eventy na 48 zespołów, z których najlepsi jadą na EMF Euro Cup (odpowiednik Ligi Europy) oraz EMF Champions League – w tym roku te turnieje odbywają się w hiszpańskim Cambrils pod Barceloną.

Z tych turniejów oraz z bazy ligowej selekcjonowana jest Reprezentacja Polski. W ciągu roku przeprowadzamy 3 konsultacje szkoleniowe, na których sztab testuje około 125 wyróżniających się zawodników z całego kraju. Z nich wybierana jest 24-osobowa grupa na obóz przygotowawczy, a ostateczna, ścisła 15-stka jedzie na turniej mistrzowski reprezentować Polskę.

Przed Wami Mistrzostwa Europy w Bratysławie. Jak wygląda logistyka i organizacja takiego turnieju od kuchni?

Formuła jest bardzo skondensowana. Turniej trwa 11 dni, bierze w nim udział 24 reprezentacje, a wszystkie mecze rozgrywane są na jednym obiekcie. Zazwyczaj są to duże, zamknięte hale, adaptowane pod minifutbol poprzez położenie sztucznej trawy.

W 2022 roku graliśmy w Koszycach, rok temu na Mistrzostwach Świata w Baku graliśmy w Narodowej Arenie Gimnastycznej na 10 tysięcy widzów. Teraz w Bratysławie gramy na Ondrej Nepela Stadium – to największa hala hokejowa na Słowacji na 10 tysięcy pojemności. Słowacy bardzo mocno to promują – sam budżet na billboardy i outdoor w Bratysławie to około 200-300 tysięcy euro, a budżet całej imprezy przekroczył 3 miliony euro. To jest poziom organizacyjny, z którego możemy być naprawdę zadowoleni.  

Foto: materiały prasowe EMF

W jaki wynik sportowy celujecie?

Na dwóch poprzednich turniejach – na Euro w Sarajewie i na Mundialu w Baku – wychodziliśmy z grupy, ale w pierwszej rundzie play-off (1/8 finału) za każdym razem eliminowała nas Czarnogóra. Mamy nadzieję, że do trzech razy sztuka i tym razem przełamiemy tę klątwę, celując w ćwierćfinał, a stamtąd do strefy medalowej jest już tylko jeden krok. Jedziemy z doświadczoną grupą chłopaków. W Sarajewie paraliżował nas stres, w Baku już potrafiliśmy wygrać z wicemistrzami świata, Kazachstanem, 2:1. Wiemy też, że sukces sportowy to jedyny motor napędowy, który pozwoli nam wejść na wyższy poziom marketingowy.

No właśnie, porozmawiajmy o marketingu i mediach wokół tego turnieju. Jak planujecie pokazać Mistrzostwa Europy w Polsce?

Naszym głównym partnerem medialnym jest portal Meczyki.pl. To na ich kanale na YouTubie będą transmitowane na żywo wszystkie mecze Polaków z polskim komentarzem. Pierwszy raz współpracowaliśmy przy okazji Baku i to był strzał w dziesiątkę – udostępnili nam studio, nasi komentatorzy robili mecze live, a widownia dopisała (średnio 6-7 tysięcy na żywo, rekordowo ok. 10 tysięcy na meczu z USA). W tym roku liczymy na jeszcze mocniejsze zaangażowanie z ich strony. W czasach, gdy ludzie szukają krótszych, dynamicznych treści, 90-minutowy mecz bywa dla młodego widza zbyt długi. Minifutbol idealnie wpisuje się w te nowe potrzeby konsumpcji mediów.

Dodatkowo jeden z dużych tytułów prasowych zajmujących się sportem (nazwy jeszcze nie mogę potwierdzić, ponieważ sam póki co tego nie ogłosił), planuje wysłać na turniej swojego korespondenta na pełne 11 dni – i co ważne, jadą tam za własne pieniądze, bo uznali temat za ciekawy i klikalny. To dla nas duży sukces i dowód na to, że widownia dopisuje i widzą w tym potencjał redakcyjny. Planujemy też być obecni z naszymi materiałami w grupie Wirtualna Polska oraz Polska Press. Jedziemy na Słowację z własną ekipą foto-wideo, będziemy codziennie tworzyć vlogi i relacje od kulis i oczywiście publikować w naszych kanałach social media.

Foto: x.com/meczykipl

Prawa do transmisji z takiego turnieju to zazwyczaj miliony euro. Ile to kosztuje w przypadku minifutbolu?

To są zupełnie inne rzędy wielkości, dzięki czemu próg wejścia jest niesamowicie niski. Prawa do transmisji na Polskę na wyłączność kosztowały nas około 2000 euro. Za tę kwotę kupujemy pełny sygnał telewizyjny produkowany przez profesjonalną ekipę na miejscu, który możemy zaimplementować na Meczyki.pl.

Przejdźmy do finansów Waszej federacji. Jesteś CMO organizacji, która rozwija się organicznie i stawia na elastyczność. Skąd bierzecie pieniądze na funkcjonowanie PFM i reprezentacji?

Będę bardzo szczery: budżet reprezentacji w dużej mierze spinamy z prywatnych pieniędzy – moich oraz Michała Burzyńskiego – oraz dzięki wsparciu sponsorów, którzy są z nami od lat z powodów czysto relacyjnych i pasji do tego sportu. Od początku kluczowym partnerem jest Hotel Robert’s Port w Mikołajkach i jego właściciel Robert Śliwiński. Inwestuje on w nasz projekt swój czas i środki z czystej pasji. W tym roku dołączyła do nas firma Q-ICE i otrzymaliśmy ogromne wsparcie finansowe od Łukasza Mroza. Bez tych ludzi ten projekt po prostu by nie istniał.

Mistrzostwa Świata w Baku w dużej mierze sfinansowaliśmy z Michałem z własnej kieszeni. Roczny budżet reprezentacji na cały rok – czyli organizacja konsultacji szkoleniowych, obserwacji sztabu, obozu przygotowawczego i wyjazdu na Mistrzostwa Europy (transport, zakwaterowanie, wyżywienie, stroje, ubezpieczenia, sztab medyczny) – to około 250–300 tysięcy złotych. To są bardzo optymalne pieniądze w skali profesjonalnego sportu, ale dla nas to ogromny wysiłek organizacyjny. Naszym celem na przyszły rok jest pełne sfinansowanie kadry ze środków zewnętrznych, abyśmy nie musieli do tego dokładać.

A z czego finansują się rozgrywki ligowe i turnieje finałowe?

To jest zupełnie oddzielny budżet, który finansuje się sam. Ligi lokalne zrzeszone w projekcie płacą nam opłatę członkowską. Z tych składek tworzymy budżet turniejów finałowych w Warszawie. Wynajęcie boisk, opłacenie sędziów, profesjonalna transmisja na żywo ze wszystkich czterech boisk jednocześnie, spikerzy – od lat finały prowadzi Czarek Olbrycht z Canal+, a konkursy dla dzieciaków organizuje Grzesiek „Gabor” Jędrzejewski z Turbokozaka. To wszystko spina się finansowo z wpłat od lig, a same drużyny przyjeżdżające na finały nie płacą już u nas ani grosza, bo udział wywalczyły sobie na boisku.

Najbardziej znaną marką w Waszym portfolio sponsorskim jest Bostik – producent chemii budowlanej. Zostali sponsorem tytularnym Ligi Bemowskiej i Superligi6 Biznes w Warszawie. Jak do tego doszło?

To był klasyczny przykład marketingu relacyjnego. Jeden z chłopaków grających u nas w lidze był mocno związany z Bostikiem. Zauważył, ile firma inwestuje w siatkówkę kobiecą i pomyślał, że u nas – przy znacznie mniejszym budżecie – mogą dotrzeć do znacznie lepiej sprofilowanej grupy docelowej. Branża budowlana i wykończeniowa to idealne dopasowanie pod Orliki. Gra u nas mnóstwo fachowców, wykonawców, a także facetów w wieku 25-40 lat, którzy właśnie budują lub wykańczają domy.

Bostik chciał też zwiększyć świadomość swojej marki. Wszyscy znają ich sztandarowy produkt, czyli klej Mamut. Chcieli jednak pokazać, że mają znacznie szerszą ofertę chemii budowlanej. Pokazaliśmy im nasze liczby, możliwości i zaryzykowali. Współpracujemy już drugi rok i to działa. Łączymy ich produkty z piłkarskim, często humorystycznym kontekstem w social mediach.

W DNA Sponsoringu głośno krytykuję wskaźnik AVE (ekwiwalent reklamowy), uważając go za „wirtualne miliony”, które niewiele wnoszą do biznesu. Co zamiast AVE pokazujecie Bostikowi w raportach po sezonie?

Nie robimy zewnętrznych, drogich badań opinii publicznej, bo na tym etapie wolimy inwestować te środki w rozwój struktur. Skupiamy się na twardych danych organicznych. Co miesiąc dostarczamy im raporty z naszych social mediów: zasięgi, wyświetlenia, liczba reakcji i komentarzy pod dedykowanymi postami produktowymi. Po sezonie przygotowujemy duży, 70-slajdowy raport, w którym podsumowujemy całą ich obecność: ekspozycję brandingu na turniejach w całej Polsce, aktywacje konkursowe i posty lifestyle’owe.

Ale najlepszym wskaźnikiem efektywności tej współpracy jest dla nas zmiana w języku zawodników. Coraz częściej słyszę, jak chłopaki na Bemowie nie mówią, że „idą grać na ligę bemowską”. Mówią: „gramy w Bostiku”. To jest realny sukces marketingowy – marka weszła do języka potocznego naszej społeczności. Tego nie kupisz żadnym wskaźnikiem AVE.

Paweł Sikora z STS powiedział mi w wywiadzie ciekawe słowa: „Szukamy partnerów, z którymi można robić wyjątkowe rzeczy”. No właśnie – jakie rzeczy sponsor może zrobić u Was, których nie zrealizuje w profesjonalnym klubie Ekstraklasy? Tam pion sportowy często traktuje marketing jak zło konieczne i blokuje dostęp do zawodników.

U nas nie ma czegoś takiego jak „korporacyjne nie”. Jesteśmy niesamowicie elastyczni. Jeśli sponsor przyjdzie do nas z szalonym pomysłem na aktywację w środku zgrupowania reprezentacji przed Euro, usiądziemy i to zrobimy. Nasi zawodnicy nie mają skomplikowanych kontraktów indywidualnych ani menedżerów blokujących ich wizerunek. Co więcej, oni mają pełną świadomość, że bez sponsorów ten projekt nie pojedzie dalej, więc chętnie i naturalnie angażują się we wszelkie akcje marketingowe.

Jeśli sponsor chciałby wysłać z nami swojego twórcę internetowego na turniej, wpuścimy go do szatni kadry, damy pełny dostęp do chłopaków, pozwolimy kręcić vlogi od kulis. Mamy w kadrze świetne twarze – jest Tomek Warszawski, bramkarz Legii Futsal i naszej reprezentacji, jest Łukasz Biel, wielokrotny mistrz Polski w futsalu i reprezentant kraju. To są ludzie obyci z kamerą. Na dodatek na mistrzostwach EMF kręcą się postacie formatu Francesco Tottiego (który zagra w meczu pokazowym w Bratysławie), czy Antona Panenki, który losował grupy. Możliwości tworzenia unikalnego contentu za rozsądne pieniądze są u nas nieporównywalnie większe niż w bardziej skomercjalizowanych organizacjach.

Foto: materiały prasowe PFM

Skoro Wasz produkt ma tak wiele zalet, to jakie są największe wyzwania przy wprowadzaniu nowej dyscypliny do planów budżetowych dużych marek? Z jakimi najczęstszymi pytaniami lub obiekcjami ze strony brand managerów spotykasz się podczas rozmów?

Wyzwań jest kilka, ale wynikają one głównie ze specyfiki rynku i potrzeby edukacji partnerów. Po pierwsze, wciąż pracujemy nad pełną budową świadomości minifutbolu jako profesjonalnej dyscypliny sportu. Dla niektórych marek to wciąż po prostu „orlikowa rekreacja”, a naszym zadaniem jest pokazanie, że za tym kryje się twarda struktura sportowa i organizacyjna na najwyższym poziomie.

Druga rzecz to czas i moment wejścia. Często rozpoczynamy rozmowy z firmami w momencie, gdy ich plany budżetowe są już dawno zamknięte. Brand managerowie mają swoje działania rozpisane na rok w przód, a kiedy pojawiamy się w trakcie sezonu, słyszymy: „fajny projekt, ale budżety już rozdysponowane”. Poza tym w działach marketingu średnich i dużych firm dzieje się tak dużo, że ludzie po prostu nie mają fizycznie czasu, by od razu zgłębić temat dynamicznie rozwijającej się, nowej dyscypliny – wolą pójść w stare, sprawdzone i łatwiejsze operacyjnie formaty.

Cały czas optymalizujemy też sposób, w jaki przedstawiamy nasz produkt. Chcemy przychodzić z precyzyjnymi, gotowymi pomysłami, jak połączyć specyfikę danej marki z naszymi rozgrywkami. Mieliśmy na przykład rozmowy w Ełku z lokalnymi firmami. Chcieliśmy przenieść tam jeden z naszych turniejów finałowych, żeby zrobić wokół tego duże lokalne święto. Było blisko, ale ostatecznie firmy uznały, że w tym roku mają inne priorytety budżetowe. To dla nas lekcja, że musimy przychodzić z gotowymi, skrojonymi na miarę koncepcjami aktywacji, a nie tylko z suchą ofertą „kupcie logo na koszulce”.

Jak wyglądają wasze relacje z PZPN-em? Czy nie ma prób przejęcia piłki sześcioosobowej przez związek?

Na ten moment nie prowadzimy żadnych wspólnych działań i nie mamy ze sobą kontaktu. Nie oznacza to oczywiście, że jesteśmy zamknięci na dialog. Obawiam się jednak, że w strukturach tak potężnego związku jak PZPN, mały futbol szybko zniknąłby w cieniu innych odmian, stając się mało istotnym dodatkiem do futsalu czy beach soccera. Dla piłkarskiej centrali absolutnym priorytetem zawsze będzie klasyczna odmiana jedenastoosobowa, która pochłania niemal cały budżet i uwagę. Samodzielność pozwala nam rozwijać się dynamicznie i realizować własne cele bez oglądania się na federacyjną machinę.

Gdzie w takim razie widzisz PFM i Superligę6 za dwa lata? Jakie trzy przymiotniki mają wtedy opisywać Waszą organizację w oczach rynku sponsorskiego?

Chciałbym, żebyśmy byli kojarzeni jako organizacja stabilna, elastyczna i wiarygodna.

Za dwa lata chcę, aby Reprezentacja Polski była w 100% samofinansująca się ze środków od partnerów biznesowych, żebyśmy my z Michałem nie musieli inwestować w to prywatnych funduszy. Chcemy też mocno ruszyć z projektami młodzieżowymi – stworzyć ligi dla dzieciaków w wieku 13-16 lat. Dla tych młodych chłopaków, którzy odpadają z selekcji w dużych klubach 11-osobowych, brakuje alternatywy, a my możemy dać im pełnoprawną ścieżkę rozwoju, aż po grę z orzełkiem na piersi na Mistrzostwach Europy. Chcę, żeby rynek sponsorski zobaczył, że minifutbol to nie jest alternatywa dla Ekstraklasy – to zupełnie inna, niezwykle skuteczna i bezpośrednia platforma dotarcia do milionów aktywnych Polaków.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry